Wszyscyśmy niewinni

czekając na Osobliwość

Potworowie Dana Simmonsa

Skomentuj »

Przeniesiona z f-log.pl recenzja “Terroru” Dana Simmonsa. Nie zmieniłem opinii, nie dodaję więc ani nie ujmuje ani znaku, nie licząc poprawy gramatycznego potknięcia na linii “w czy we”.

Dzięki uprzejmości Pani Dziekan zyskałem dzisiaj ekstraordynaryjny przydział wolnego czasu, który postanowiłem wykorzystać na dokończenie “Terroru” autora m.in. “Hyperiona” (kniga grubaśna, na raz się nie dało). Skąd tytuł notki? Ano jak w “Hyperionie” głównym bohaterem (i nie dajmy się zwieść pozorom, ludzie występują, ale nie oni wzbudzają największe zainteresowanie czytelnika) jest Istota, której prawdziwa natura jest czym? więcej, niż mogłoby się początkowo wydawać. Fabuła dotyczy  losów ekspedycji polarnej sir Johna Franklina, mającej za zadanie odkrycie Przejścia Południowo-Zachodniego, morskiej drogi z Oceanu Atlantyckiego na Spokojny, z udziałem legendarnych okrętów “Erebus” i “Terror”. Wiemy jedynie, że cała wyprawa zaginęła, a statków do dziś nie odnaleziono. Simmons podsuwa całkiem logiczne wyjaśnienie zagadki – jeśli tylko założymy prawdziwość pewnych wątków mitologii eskimoskiej. “Terror” nie jest jednak ani typowa powieścią marynistyczną, ani typowym przedstawicielem fantastyki: lwią część czasu spędzimy wraz z przymierającymi głodem marynarzami na okrętach uwięzionych w lodzie, potwór zaś pojawi się raz na kilkadziesiąt stron, by w malowniczy sposób wypatroszyć któregoś z nich. To samo, sądzę, można by zrobić z przynajmniej połową tekstu: odpowiednio skompresowany, byłby on błyskotliwym opowiadaniem, Simmons miesza w chronologii fabuły, narzucając początkowo wysoki poziom literacki (czyżby marketingowo wrzucił na początek fragmenty, które mu bardziej “wyszły”?),  w znakomity sposób opisuje zakończenie (chyba nikogo nie zaskoczę, jeśli powiem, że nastąpi samotna konfrontacja człowiek-nieczłowiek, smakowicie wieloznaczna i przeznaczona do samodzielnej interpretacji), środek zaś… Kilkaset stron katorgi, akcja ślimacza, język drewniany, dotarcie do końca wymaga niezłego samozaparcia. Bohaterowie walczą wprawdzie: z realistycznie opisanym, zabójczym klimatem, z własnymi słabościami, z chorób wszelakich zatrzęsieniem, z nieświeżymi konserwami, ze wspomnianym potworem, z homoseksualistą-psychopatą obsadzonym humorystycznie przez autora na stanowisku okrętowego mata-uszczelniacza, jednak są tak niewiarygodnie, topornie wyciosani – albo łajdak, albo szlachetny brytyjski oficer, postać zaś która wyrasta na prawie głównego bohatera dostaje od autora w prezencie tak absurdalnie poprowadzony narracyjnie paranormalny “dar”, że nie potrafiłem nazwać jej wiarygodną  – że nie byłem w stanie przejąć się ich losem, kibicując potworowi. Arktyczny demon trzyma wytyczony przez samego Chyżwara poziom, naprawdę warto poznać jego genezę i prawdziwą tożsamość, szkoda tylko, że przeprawa między przednią a tylną okładką dorównuje poziomem męczarni całodniowemu ciągnięciu sań wyładowanych górą ekwipunku przez lodowe pustkowie, na starych konserwach i wątpliwej jakości rumie, z amputowaną nogą i zeżartymi szkorbutem dziąsłami.

Written by aetachiarr

Listopad 22, 2008 @ 8:03 pm

Dodaj komentarz

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Zmień )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Zmień )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.